Wielki traktat o Piedestałach cz.2. Lądowania

 W "MENU" NA PASKU WIĘCEJ ARTYKUŁÓW               

 

              Oto kilka obiecanych przykładów lądowań z mojego życia. Pamiętam, że w I klasie szkoły podstawowej w Zawierciu tłukliśmy się z chłopakami bez przerwy. Było nas dwóch najsilniejszych w klasie. Konkurował ze mną niejaki Molenda, imienia nie pamiętam. Byliśmy podobnej postury i siły, wyniki walk były różne, i na zmianę dzierżyliśmy trofeum najsilniejszego. Pamiętam walkę w której Molenda pokonał mnie, tzn. rozłożył na łopatki. Ja wtedy z bezsilnej złości naplułem mu w twarz, on mi natychmiast „odpluł”, a potem akurat był koniec przerwy. Na drugi dzień ja pokonałem Molendę i tak było do wakacji. W zasadzie wynik nie był nigdy rozstrzygnięty, ale – należałem do ścisłej czołówki. Byłem jednym z dwóch najsilniejszych!

W czasie wakacji Mama kazała mi się uczyć.

              W czasie wakacji Mama kazała mi się uczyć. Ktoś z nauczycieli w Zawierciu przekonał ją, że moje złe zachowanie wynika z tego, że jestem zbyt zdolny i dlatego nudzę się na lekcjach. Poradzili jej, że najlepiej byłoby dla mnie zaliczyć eksternistycznie materiał z II klasy, i zapisać mnie od razu do klasy trzeciej. Oprócz tego, przeprowadziliśmy się do Rabki. I tam, w Szkole Podstawowej Nr 2, lądowałem z piedestału po raz pierwszy. Młode krzepkie góraliki rabczańskie zorientowały się w mig, że mają nowego kolegę „miastowego” i do tego o rok młodszego. No i zaczęło się coś w rodzaju „fali” znanej z wojska. Różne bijatyki były na porządku dziennym, starałem się bronić jak mogłem, ale najczęściej jednak obrywałem. Mit „najsilniejszego” rozsypał się w gruzy.

Uwierzyłem, że należę do elitarnej jednostki

        Po ukończeniu studiów medycznych dostałem propozycję „ominięcia” stażu i rozpoczęcia specjalizacji jako anestezjolog. Uczyłem się szybko, ówczesny szef wpajał nam, młodym adeptom przekonanie, że jesteśmy jako anestezjolodzy „elitą” wszystkich specjalności medycznych. Uwierzyłem, że należę do elitarnej jednostki, która jest wzywana do najtrudniejszych zadań medycznych. Moim zadaniem jest ratowanie ludzi z ciężkich stanów, do których zostali doprowadzeni przez różnych nieuków, niedorajdów a nie lekarzy. Gdyby nie my, anestezjolodzy, pacjenci naszych szpitali nie mieliby żadnych szans w zetknięciu z różnej maści pediatrami, internistami i nie wiadomo jeszcze jakim tałatajstwem. Było to bardzo miłe uczucie. Żyłem sobie w takiej bańce parę dobrych miesięcy. Ale do czasu. Po roku dopadł mnie kryzys – być może wywołany stresem, głównie jednak imprezowym stylem życia. Stres wynikał z kontaktu z małymi dziećmi w ciężkich stanach, oraz konieczności informowania rodziców o śmierci dziecka w przypadku niepowodzenia leczenia.

          To było bardzo twarde i bolesne lądowanie. Wtedy zmieniłem kierunek specjalizacji i zostałem chirurgiem – ortopedą, gdzie odnalazłem się dużo lepiej niż w anestezjologii. Wspaniałym skutkiem tego „odcięcia” piedestału było moje nawrócenie. Dziś mija 36 lat od tych wydarzeń, opisane są w książce „Twardy Chirurg” (do pobrania pdf w zakładce „ O mnie”).

Kiedy do licha wyrósł mi ten piedestał?

         Dwa ostatnie lądowania miały miejsce nie tak dawno. Po założeniu prywatnego szpitala Św. Łukasza w 2010 roku przez 10 lat byłem prezesem zarządu. W zasadzie nie zauważyłem kiedy nastąpiło przeobrażenie z prezesa w "prezesunia". Kiedy do licha wyrósł mi ten piedestał? Szczęśliwie, sam zainicjowałem swoją rezygnację. Ale to był dopiero początek bolesnej operacji. Wyobrażałem sobie, że zachowam jednak pewien wpływ na dalszy rozwój Szpitala Św. Łukasza. Zostało mi to wybite młotkiem z głowy przez żelazny sojusz kilku wspólników. Trwało dość długo zanim dotarło do mnie, że za tą „ścieżką zdrowia” stoi sam Pan Bóg, który wie lepiej co mi jest potrzebne, i że to On aplikuje mi niezbędne acz gorzkie lekarstwo.

Andrzeju, świetna konferencja!

         Ale przecież została mi wtedy  na osłodę jeszcze  jedna ważna pozycja społeczna : byłem jednym z liderów kilkuset osobowej modlitewnej wspólnoty katolickiej. W zasadzie od mojego nawrócenia w 1984 roku starałem się służyć tej wspólnocie nie szczędząc swojego czasu i sił. Nie zdawałem sobie sprawy z przyzwyczajenia do dużego wpływu, jaki wywierałem na kształt tej grupy bliskich mi ludzi.  Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że „obrosłem w piórka”.

- Andrzeju, kiedy powiesz jakąś konferencję? Ja tak lubię ciebie słuchać… A piedestalik sobie rośnie!

Brawka po nauczaniu. Andrzeju, świetna konferencja! – A piedestał już nie ma jak i gdzie rosnąć…

        Po moim odejściu od wspólnoty w 2016 roku odczuwałem wielki ból. Odchodząc zdawałem sobie sprawę, że tracę wiele: kontakt z przyjaciółmi, wpływ na wspólnotę – to było oczywiste. Liczyłem się też z tym, że stracę dobre imię, ponieważ rozstanie nie było pokojowe. Nie przypuszczałem jednak, że będzie tak bardzo i tak długo bolało. Nastąpił potem pewien okres „miotania się” wewnętrznego. zanim po pewnym czasie zrozumiałem co tak boli. To nie był tylko ból rozłąki… Tam bolało przede wszystkim odcinanie piedestału! Rozpoznałem w tym rękę największego i najlepszego z lekarzy. Muszę przyznać, że pozostali liderzy tej wspólnoty są ludźmi bardzo skromnymi, raczej z urodzenia.  Prawdopodobnie żadnemu z nich nie była potrzebna taka kuracja jak mnie. Widzę teraz, że ja bez tej kuracji pozostałbym nadal dorosłym „niesfornym Dyziem”, „pączkiem w maśle” oddalonym od prawdy o sobie samym.

A tu nagle – nieszczęście! Była czwarta! Poza podium

          Moja dorosła córka Kasia zgodziła się by opisać jej pierwsze lądowanie. Czynię to, ponieważ przykład ten jest bardzo „edukacyjny”. Otóż moja wielce utalentowana pod wieloma względami - w tym  sportowo - Kasia nauczyła się prędko jeździć na nartach. W wieku 6 lat wystartowała w pierwszych zawodach dziecięcych które wygrała ku uciesze całej rodziny. Za miesiąc wygrała kolejne zawody, potem jeszcze jedne. W domu stał złoty puchar i wisiały dwa złote medale. Na kolejne zawody Kasia pojechała "na luziku" – jak po swoje. A tu nagle – nieszczęście! Była czwarta! Poza podium… Kasia nie mogła otrząsnąć się i dojść do siebie chyba przez dwa dni. Na nic zdawały się pocieszenia i tłumaczenie, że czwarte miejsce też jest bardzo dobre. Że „w sporcie tak bywa” itd. Itp. Musiało poboleć parę dni, piedestalik odpadł – i wszystko wróciło do normy. Potem dopiero Kasia zaakceptowała tę naukę, że do sukcesu nie wystarczy talent, że trzeba popracować, czasem długo i że trzeba być wytrwałym. A ja – jej ojciec – pojąłem wtedy wspaniałe wychowawcze działanie na młodzież rywalizacji sportowej. Jest to nauka radzenia sobie ze stresem od małego dziecka.

Ludzie! Gdy już ustąpi epidemia zapisujcie swoje dzieci do klubów sportowych!

          Tam nie ma niepotrzebnego cackania się i  bezstresowych ocen „opisowych”. Tam trzeba się zmierzyć z obiektywnym pomiarem – czasem, odległością, liczbą goli. Tam trzeba się zmierzyć z własną słabością, przegraną, wygraną. Tam się kształtuje charakter dziecka.

No ale to była tylko dygresja  (nie wniosek) na zakończenie części drugiej.

Już jutro część trzecia i ostatnia.