Wyławiamy skarby cz.1.

 

W "MENU" NA PASKU WIĘCEJ ARTYKUŁÓW

 

    Znam dwóch Jacków o przydomku „gruby”. Z jednym z tych Jacków i jego rodzinką lubiliśmy spędzać wspólnie urlop w Jugosławii. Było to jeszcze przed wojną na Bałkanach. Jacek, pomimo tego, że był gruby i miał pokaźny brzuch świetnie pływał i nurkował. Nauczył tej sztuki swoją córeczkę Małgosię, która  miała wtedy 8 – 9 lat. Wszyscy pływaliśmy z maskami i rurkami, ale tylko  Jacek i jego córka potrafili zanurkować naprawdę głęboko. Schodzili na 10 i 15 metrów. Robili to bez żadnego akwalungu, tylko z maską i rurką. Pamiętam, że obserwowałem parę razy ich wyczyny pływając po powierzchni i spoglądając w dół, w kierunku dna. Działa się wtedy dziwna rzecz. Na głębokości już około 4-5 metrów Jacek tracił brzuch. Ciśnienie wody wciskało go - sam nie wiem gdzie – może do jego  klatki piersiowej. W każdym razie Gruby Jacek w miarę oddalania się od powierzchni wody przemieniał się w muskularnego Apollina. W trakcie wynurzania następował proces odwrotny. Jacek odzyskiwał swój brzuch i pierwotne kształty. Druga obserwacja to zjawisko optyczne. Zarówno Jacek jak i Małgosia im bliżej dna,  stawali się coraz mniejsi. Powracali do swoich normalnych rozmiarów w miarę  wypływania na powierzchnię. Nikt z pozostałych pływaków z naszej wakacyjnej ekipy nie potrafił im dorównać. Moim największym wyczynem było osiągnięcie 5 metrów, zrobiłem to raz i ledwo wypłynąłem na resztce zapasu tlenu.

A jednak w tej marnej zatoczce są skarby!

Pewnego razu trafiliśmy na dość zatłoczony camping, który oferował dostęp do niewielkiej kamienistej zatoczki. Nie byliśmy zadowoleni z powodu dużej liczby i gęstości plażowiczów. Przy brzegu po obu stronach brodziły dzieci z kółkami, rękawkami, materacami itp. Wiele dzieci i dorosłych pływało z maskami i rurkami próbując wyłowić coś ciekawego z dna. Udawało się im wydobyć jakieś kamyki, zdarzyła się zagubiona rurka z poprzedniego sezonu i tyle. Jacek z Małgosią wypłynęli kilka metrów dalej od brzegu i po chwili… Małgosia wynurza się z piękną czerwoną rozgwiazdą. Za chwilę znów nurkują i wypływają z pięknymi dużymi muszlami. Prawdziwe skarby morza. Ich wyczyny zostały zauważone przez innych pływaków i wywołały zdziwienie: a jednak w tej marnej zatoczce są skarby! Nie znali tajemnicy Jacka i Małgosi, która polegała na nieznacznym oddaleniu się od brzegu i zejściu na większą głębokość.

Musimy w tym celu oddalić się nieco od brzegu

Proponuję dziś wspólne nurkowanie w zatoczce o nazwie „Ojcze nasz”. Musimy w tym celu oddalić się nieco od brzegu, przy którym zazwyczaj sią poruszamy. Jezus, który sam nauczył nas słów Modlitwy Pańskiej zaleca odmawianie jej w skupieniu i samotności. „Wejdź do swojej izdebki, zamknij drzwi”, tam spotkasz „Ojca, który jest w ukryciu”. (Mt6,5-15). Izdebka to dusza każdego z nas. Zamknięcie drzwi – to skupienie. No ale skoro jestem sam na sam z Ojcem, to dlaczego Jezus uczy mnie mówić „Ojcze nasz” a nie „Ojcze mój”? Od chwili Chrztu Świętego Jezus zamieszkuje Twoją izdebkę. Ile razy zwracasz się do Boga Ojca, czynisz to razem z Jezusem. Razem mówicie „Ojcze nasz”. To jest sensacja Ewangelii, że Bóg jest Tatą Jezusa i Twoim.

Ale jak to pojąć? Trzeba nabrać głęboko powietrza do płuc, zatrzymać i zejść na głębię. Zejście na głębię Słowa - jest możliwe tylko z pomocą Ducha Świętego.

„Który jesteś w niebie”.  Czyżby jednak dystans? Niebo? Kawał drogi... Nic podobnego! Święta Teresa od Jezusa uczy nas: „Bóg nie jest tam gdzie niebo. To niebo jest tam, gdzie jest Bóg”. Jeśli Bóg jest w duszy, to tam może być niebo. Niebo to „niedostępna światłość”, inny wymiar, przekraczający nasze wyobrażenia. Mówiąc „Ojcze który jesteś w niebie” możemy myśleć po prostu „Tato, który jesteś w ukryciu”.

We własnej duszy ukryta jest największa przyjaźń i największa miłość życia

Napisałem, że w duszy może być niebo. Owszem, nawet powinno tak być. Tego pragnie dla nas nasz Stwórca. Chciałby On, aby każdy odkrył i doświadczył Jego miłości. Kto dokona tego odkrycia – odkryje największy skarb. Wtedy będzie chciał śpiewać słowami znanego przeboju: „wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał!” We własnej duszy ukryta jest największa przyjaźń i największa miłość życia. Problem polega na tym, że jako ludzie posiadamy osobliwą właściwość: każdy jest wolny i może odwrócić się  od tej prawdy. Może nie uwierzyć, że w zatoczce duszy są prawdziwe skarby i żyć sobie wyławiając kamyczki. Wolna wola umożliwia nawet odwrócenie się plecami do wody i odmowę wejścia do niej choćby dla ochłody.

Obrazki i porównania których używam – prawdopodobnie w sposób nieudolny – nie mają na celu namawiania czytelnika do przeżywania wzruszeń religijnych, czy przeżyć mistycznych. Chcę się dzielić po prostu wiadomością czy informacją, że możliwa jest trwała przemiana życia na lepsze. Takie jest zawsze następstwo pogłębienia wiary w Duchu i w Prawdzie. Znam liczne przykłady ludzi, których taka przemiana spotkała. Sam się do nich zaliczam. 

No to nurkujemy. Kto chce, niech nabierze ze mną powietrza (Ducha Świętego) i od słów przejdźmy do czynów:

„Drogi Tato, udziel mi daru wiary. Chciałbym poznać Ciebie i doświadczyć Twojej miłości. Pragnę życia pełnego a nie byle jakiego. Wierzę, że zamieszkujesz moją izdebkę. Obdarz mnie wiarą, nadzieją i miłością. Amen.”

W kolejnym artykule będziemy wyławiać następne skarby, czyli dalsza część rozważania Modlitwy Pańskiej.

 

W "MENU" NA PASKU WIĘCEJ ARTYKUŁÓW